Hipnotyzer - Recenzja

Detektyw Joona Linna (Tobias Zilliacus) próbuje rozwikłać zagadkę brutalnego morderstwa rodziny młodego Josefa (Jonatan Bökman). Ponieważ chłopak jest jedynym świadkiem zbrodni, pierwsze etapy śledztwa skupiają się właśnie na nim. Niestety, Josef jest w ciężkim stanie – śpiączka nie pozwala na przesłuchanie, więc Linna, za radą lekarki, korzysta z pomocy hipnotyzera, Erika Barka (Mikael Persbrandt). Co dwie głowy, to nie jedna… do stracenia. Zabójca bowiem nadal czyha i nie ma zamiaru pozwolić, by ktoś odkrył prawdę.

Trudno się pisze o filmie, który wywołuje ziewanie. Szczególnie, gdy miał wyzwolić zupełnie odwrotne odczucia – przestraszyć, zaciekawić, napiąć, skoncentrować. Hallström – jak mniemam - życzył sobie, by przedstawiana historia, dokładnie tak jak powieść, na podstawie której powstała, zaintrygowała widzów na tyle, by dali się zaprosić do gry, zechcieli stanąć u boku głównego bohatera i krok po kroku odkrywać tajemnicę rodzinnego nieszczęścia. Problem w tym, że aby to się udało, trzeba widzów z bohaterami poznać, umożliwić im zrozumienie motywów ich działań, może nawet pozwolić im w jakiś sposób się z nimi utożsamić. W "Hipnotyzerze" taka rzecz nie ma prawa się zdarzyć z prostego powodu - postaci są nakreślone tak niestarannie, że nie sposób się do nich nawet zbliżyć.

Główny bohater, detektyw Linna – działa bez żadnego związku: nie wiadomo ani skąd u niego tak duże zainteresowanie tą sprawą (podczas gdy jego partnerkę interesują o wiele bardziej sprawy rodzinne), ani jakimi metodami się posługuje w pracy, ani tym bardziej dlaczego słucha rzuconej mimochodem porady osoby, która pełni w całej tej historii analogiczną, rolę jak rozmówcy House'a, gdy ten wpadał nagle, w środku monologu, na rozwiązanie przypadku. Snuje się ten biedny detektyw po szpitalu oddając rozwiązanie sprawy losowi.

Trochę więcej inwencji popełnili twórcy przy rozpisaniu roli tytułowego hipnotyzera. O ile jednak jego działania są w jakiś sposób umotywowane, to prezentacja jego sytuacji rodzinnej i zawodowej, czy nawet metod pracy, jest żałosna. Nie mówiąc już o realizacji motywu hipnozy, który został totalnie spłycony).

Niedobór emocji i brak napięcia powodują okrutne znużenie, bezbarwni aktorzy nie wnoszą do akcji nawet odrobiny życia, a marne dialogi (opowiadające najczęściej to, co przekazuje sam obraz) są gwoździem do trumny "Hipnotyzera", pogrzebanej na długo przed rozwiązaniem zagadki.

"Wciąga, jak seria Millennium"? Większej ściemy w tym roku nie słyszałam.

Czy polecam?

Nie.


Aneta Starosta

Komentarze
Jeśli jesteś człowiekiem to przesuń suwak w prawo
Mariana (83.28.64.*)    |    16.11.2013 godz.19:55

Dziękuję za recenzje,dobrze wiedziec

  PRODUKT TYGODNIA  
produkt tygodnia
  PORADY  
Pielęgnacja zaczyna się od kąpieli

Pierwszą czynnością pielęgnacyjną w naszym życiu jest kąpiel. Począwszy od tej, pełnej symboliki, oczyszczającej, tuż po narodzinach, aż po codzienny rytuał ...

Pięć sposobów na skórę naczynkową

Skóra naczynkowa to problem wielu kobiet. Na ich powstanie wpływa wiele czynników – estrogeny, menopauza, fototyp skóry i inne, ale niezależnie od powodu ich ...

Jak poprawić kondycję skóry?

Jeśli usilnie staramy się zapobiec przebarwieniom, nawrotom zmian trądzikowych czy wreszcie pojawianiu się zmarszczek, polegając jedynie na podstawowej pielęgnacji ...

  POPULARNE  
Nowy podkład Rimmel Match Perfection
"50 twarzy Greya" - film: kto zagra główne role?
10 najmodniejszych stylizacji męskiego zarostu na 2016 rok
Nowe oblicze Greya - Recenzja