Z racji tego, że w Mikołajki doczekać się na Mikołaja nie mogłam, postanowiłam odwiedzić najbliższą perfumerię Sephory. A że „gadżeciara” ze mnie tęga (w sensie siły tej „gadżeciarskości”, bo z ciałem jeszcze nie najgorzej), to dorwałam się od razu do lizaka.
Eee… Znaczy błyszczyka.
Rozpakowywanie sprawiło mi ogromną przyjemność. Nie wiem, czy, w sumie, nie większą, niż samo posłużenie się błyszczykiem 😉 Bo po aplikacji rozczarował mnie ledwie widoczny kolor. Dopatrzyłam się odrobiny perłowego różu i sporej ilości brokatowych drobinek, ale, na moich ciemnych ustach, odcień, po prostu, zginął.
Jednak i tak będę to „Sephorowe” maleństwo nosić przy sobie, bo wygląda przednio. I ten „pepitkopodobny” wzorek! Zresztą, z tego co widziałam, dostępna jest też wersja wyraźnie „pepitkowa”. Też cudna.
Jeśli ktoś nie lubi mocno akcentować ust, a jednocześnie wielbi oryginalne opakowania to naprawdę będzie zadowolony. Zadowolenie ogarnęło z czasem również mnie, bo „lizak” nadał ładny połysk mojej ulubionej szmince.
A jak się ogólnie sprawuje ten kosmetyk? Zacznijmy od trwałości, Otóż, nie różni się ona niczym od innych błyszczyków. Plusem jest fakt, że produkt nie skleja warg i nie wysusza skóry. I, na dodatek, pięknie pachnie cukierkami. Za to aplikator jest dość delikatny – po kilku użyciach naderwała mi się w nim gąbeczka. Być może ze zbyt wielkim impetem próbowałam wydrzeć głębię koloru 😉
Sephora Lollipop Gloss może stanowić świetny upominek dla nastolatki. Ale i niejedną dorosłą kobietę urzeknie, jak widać na załączonym obrazku. Polecam jako swoisty „poprawiacz humoru”. Jako sam błyszczyk – niekoniecznie, bo to samo, bez słodkiego opakowania, można odnaleźć w wielu, sporo tańszych, produktach.
Cena: 29 zł / 9 ml
Ewa Staśkiewicz