Całkiem niedawno wpadło w moje ręce małe dziełko sztuki:) Uwielbiam wszelkie stylizowane na old schoolowe pojemniczki i puzderka, ale ten wprost skradł moje serce! Z tym większą ochotą przystąpiłam do testów:)
Mowa o błyszczyku Benetint renomowanej marki Benefit. Produkt ukryty jest w niewielkim kartoniku utrzymanym w kolorystyce niebiesko-różowej, z podobizną kobiety która przypomina typowe amerykańskie piękności z lat 50-tych ubiegłego wieku:) Wewnątrz znajduje się maleńki (6,5 g) zakręcany słoiczek, którego zawartość zaraz po odkręceniu uwodzi zapachem – nasze nozdrza pieści subtelny i delikatny aromat różany.
Kolor na pierwszy rzut oka wydaje się dość ciemny – taka przybrudzona malina – jednak na ustach prezentuje się bardzo dyskretnie i tylko ciut je przyciemnia, cudnie podkreślając naturalny odcień. Do nakładania możemy użyć pędzelka lub po prostu opuszka palca, gdy na szybko musimy poprawić makijaż. Błyszczyk zawiera filtr spf 15 – spokojnie możemy używać go w słoneczne dni oraz witaminę E, która odżywi nasze usta.
Jest dość trwały – wytrzymuje bez poprawek ok. 3 godzin, oczywiście pod warunkiem że nic w tym czasie nie jemy ani nie pijemy. Usta po nałożeniu są aksamitnie miękkie, wygładzone i wyraźnie nawilżone, nie ma mowy o przesuszeniu. Błyszczyk ma tylko jedną, za to kolosalną wadę – to cena. Z tego co udało mi się ustalić dostępny jest w sieciach perfumerii Sephora lub na zagranicznych aukcjach internetowych w cenie, bagatelka, ok. 100 zł… Gdyby nie ten fakt dostałby ode mnie 5 zasłużonych gwiazdek, jednak zmuszona jestem odjąć co najmniej jedną. Chyba mało kto może pozwolić sobie na taki luksus…
Zalety:
- trwały
- rewelacyjnie podkreśla naturalny odcień ust
- odżywia
- nawilża
- wygładza
- subtelnie pachnie różami
- piękne opakowanie
Wady:
- cena
moja ocena: 4/5
Agnieszka Wysocka