Woda dla słoni, Recenzja

Opublikowane 2013-11-20 07:54

Jacob Jankowski (Robert Pattinson) jest dobrze zapowiadającym się studentem weterynarii. Ma powodzenie, przed nim świetlana przyszłość. Aż tu wydarza się rzecz tragiczna i zostaje właściwie bez niczego. Kiedy podczas nocnej wędrówki z walizką w ręku wskakuje do pociągu, jeszcze nie wie, że właśnie przekroczył próg nowego życia. Cyrkowego życia. Za arenowymi kulisami poznaje Marlenę (Reese Witherspoon) i jej męża – Augusta (Christoph Waltz), dyrektora cyrku. Jacob dobrze się szefowi sprzedaje i już wkrótce bierze udział w przygotowaniach nowego numeru i spijaniu śmietanki z jego sukcesu. Ale czy młodemu chłopakowi wystarczy sława, gdy obok widzi piękną, szukającą wybawienia od męża-tyrana cyrkówkę?

Nie wiem jak to się stało, ale naprawdę nie miałam pojęcia o polskich akcentach w „Wodzie dla słoni”. Początkowo myślałam, że to tylko taki punkt zaczepienia: rodzice-Polacy, główny bohater ma polskie korzenie – fajnie. Gdy z ust Pattinsona wymyka się z trudem coś na kształt: „Ńe mam ćasu” prawie pękam ze śmiechu, sądząc, że na tym udział Polski w filmie się kończy. A wcale tak nie jest. I to naprawdę miłe. Rany, jak niewiele człowiekowi trzeba – pogłaskać po narodowym łebku, połechtać patriotyzm – i już film ląduje piętro wyżej.

Cyrk, niestety, pokazany jest z tej najgorszej strony: katowanie zwierząt, dążenie do sukcesu po trupach (dosłownie), wędrowne życie, pociąg za dom i cyrkowcy za rodzinę. Dużo fajnych zwierząt, urocza słonica Rosie, zabawy, hulanki, swawole. To z jednej strony. A z drugiej brud, nędza, wyzysk. Nic nowego, nic fajnego.

O Reese była już mowa. O Pattinsonie krótko: nie było najgorzej. O Waltzie może trochę więcej. Trzeba mu przyznać, że w rolach skur****** jest genialny. Istny majstersztyk. I jasne, pewnie dlatego grywa zwykle czarne charaktery. Czy nie otrzymuje propozycji innych ról, czy po prostu je odrzuca – nie wiem (ale z przyjemnością zobaczyłabym go w roli nawet komediowej). Problem w tym, że – choć jako tyran był genialny – rzeczywiście jako August Rosenbluth jest niemal identyczny jak Hans Landa z „Bękartów wojny”. Ta sama mimika, te same skurcze mięśni twarzy, błyski w oku, złowrogie spojrzenia, gesty, tembr głosu, ironia w nim, śmiech, tak samo zimny, bezwzględny, pozbawiony skrupułów i skrzywiony moralnie, choć w rzeczywistości tchórzliwe i złamane emocjonalnie biedaczysko.

Cóż tu dużo gadać. Przyjemny film. choć, przyznam szczerze, wątek melodramatyczny (a dzieje trudnej miłości być muszą, bo inaczej film by się nie sprzedał) nudny i przewidywalny; właściwie mogłoby go nie być – to właśnie w scenie bijatyki o Marlenę zaczęło się robić mniej ciekawie. Zakończenie przesłodzone bardzo, dobrze więc, że była ta klamra i zamiast rozkosznego obrazka sielanki, możemy spojrzeć w stęsknione, ale dobrze przeżyte oczy dziadunia-narratora.

Czy polecam?

Tak, bo to przyjemny, choć nieco ckliwy, film.

Aneta Starosta