Z pamiętnika outsidera

Opublikowane 2016-01-22 08:13

Chodzenie pod prąd w czasach, kiedy wszyscy chcą gdzieś należeć, wyróżniać się na siłę i każdym swoim krokiem manifestować pozorną niezależność, to nie lada wyczyn. Być może dlatego właśnie postanowiłem przestać być alternatywny i założyłem własną partię – „Partię Elvisa”. Krótko mówiąc, zostałem człowiekiem „zależnym” wyłącznie od własnej wyobraźni. Jako dziecko byłem bardzo ułożonym chłopcem, który każdej napotkanej istocie ludzkiej mówił uprzejme „dzień dobry”. Jaki on grzeczny, może mieć problemy w życiu – powiedziała kiedyś pewna pani, chcąc ostrzec mnie przed brutalnością nastoletniego świata. Przepowiednia zaczęła się wypełniać. Kto wszak chce kumplować się z mającym dobre oceny, wrażliwym i dobrodusznym chłopcem? Człowiek jednak uczy się dystansu do określonych sytuacji, próbuje zrozumieć mechanizmy rządzące światem i nawet zaczyna mu to wychodzić.

Do czasu… W pewnym momencie bowiem zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy inni, a takich jak my się wprost nie znosi. „Bo nie da się nas wtrynić do jednego wora z całą resztą, bo mówimy językiem zrozumiałym wyłącznie dla tzw. wybranych, bo chcemy czegoś więcej, aniżeli tylko zabawy w klubach i bliskości z przypadkowo napotkaną osobą”. Jest ciężko, trzeba więc zostać na chwilę konformistą. Trafiamy do ekipy „ludzi z górnej półki”, jest fajnie. Wszyscy nas kochają, zauważają, stawiają nam piwo, przybijają piątki, po prostu „żyć, nie umierać”. Nagle dowiadujemy się, że ci, którzy oddają nam hołd, za plecami elegancko opowiadają na nasz temat bzdury. Okropność! W konsekwencji przestajemy być częścią „towarzystwa samojebki”, wypisując się z kręgów wzajemnej adoracji. Sami, zdani tylko na siebie wchodzimy w nowy etap ziemskiej egzystencji zwany potocznie „szczęśliwym życiem”.

Odkąd sięgam pamięcią, nigdy nie byłem członkiem żadnej subkultury. Z wszelkimi organizacjami, opartymi na nakazach, zakazach, ubiorze itp., było mi najzwyczajniej w świecie nie po drodze. Miałem wszak wrażenie, że takowe dążą wyłącznie do podziałów na lepszych i gorszych, a dla mnie istnieje tylko jeden podział – na mądrych i głupich. I nie mam tu na myśli wielce oczytanych pseudo-intelektualistów, którzy poza wyuczonymi na pamięć elaboratami, nie umieją poprawnie sklecić nawet jednego zdania. Myślę raczej o osobach potrafiących zamienić swoją pasję w sposób na życie, nie oceniających, lecz służących mniej doświadczonym radą i pomocną dłonią. Kolejna sprawa – rozwalały mnie teksty niektórych (bo wbrew pozorom, wielu było w porządku) nauczycieli o tym, że moje pokolenie jest zepsute, nieoczytane, siedzące przed ekranem. No ba, sama prawda, szkoda jedynie, że nie skażona autorefleksją. Komuż by się bowiem chciało zwrócić uwagę na inne talenty swoich uczniów. Dzięki Bogu Ci, których zapamiętałem, słuchali np. moich pierwszych nagrań (bawiłem się wówczas w tworzenie muzyki elektronicznej) i uważali, że fajnie jest robić coś kreatywnego. 

Dziś, kiedy wszyscy czują ogromną chęć opowiedzenia się po konkretnej stronie sporu polityczno-religijno-moralnego, ja mówię głośno i wyraźnie – mnie w to nie wmieszacie! Mam sprecyzowane poglądy, ale nie jestem fanatykiem, który wdaje się na pokaz w facebookowie spory w stylu „kto jest prawdziwym Polakiem” itd. Nie wydaje mi się, abym było osobą kompetentną do rozstrzygania takich dylematów, albowiem każdy posiada własną definicję określonego porządku rzeczy i o takich sprawach możemy sobie pogadać przy herbacie lub lampce wina, a nie na portalu społecznościowym. Przy całym szacunku dla naszej historii i kultury, ja 25-letni małolat życzę sobie, abyśmy nigdy nie dzielili tego piękna na „lepszy i gorszy sort”. To jest coś, co nas spaja, łączy – tyle w temacie. Na czym więc polega moje outsiderstwo? Na byciu uprzejmym w czasach, gdy wszyscy głośno przeklinają. Na przyjaźnieniu się tylko z wybranymi, którzy naprawdę mnie szanują. Na dziękowaniu moim czytelniczkom za miłe oraz krytyczne komentarze. Na kochaniu swojej pracy oraz mieszanej chęci do wielkomiejskich bogactw i zgiełku. Na unikaniu sytuacji konfliktowych. Na byciu domatorem. Na niechęci do opalania się. Na przyznawaniu się do swoich słabości. Na nie gardzeniu niczym, poza podwójną moralnością. Mam nadzieję, że dobrze odczytałyście moje przewrotne przesłanie.

PS. Jeśli odniosłyście wrażenie, że ten felieton miał odrobinę chaotyczny charakter, to był to „chaos zaplanowany”.

Elvis Strzelecki