Człowiek od urodzenia skazany jest na sugestie dotyczące tego, jak powinien postępować, w co się ubierać, z kim zadawać itp. O ile w początkowej fazie wychowania mogą być one przydatne, o tyle w przyszłym życiu narzucanie innym swojego podejścia do świata nie należy do rzeczy przyjemnych.
Każdy z nas wywodzi się z określonego środowiska. Tam też uczymy się podstaw egzystencji, które przyjdzie nam wykorzystać w przyszłości. Jak to w przypadku szkoły bywa, następuje pewna przymusowa unifikacja. Należy bowiem słuchać nauczycieli i dostosować się do panującej wśród uczniów hierarchii. Co potem? Studia, praca. Pokazują nam one, że życie to dżungla i zwyciężają najsilniejsi. Fakt, potrzebujemy pewnych zasad.
Takowe są niestety bardzo często wypaczane przez osoby, którym zależy wyłącznie na realizowaniu własnych celów. Przykładem może być zachowanie szkolnych łobuzów, którzy zastraszają słabszych fizycznie kolegów z klasy oraz toksycznych szefów dużych korporacji, traktujących podwładnych w niewłaściwy sposób. Przyczyną takiego stanu rzeczy są najczęściej ogromne kompleksy. Nie od dziś wszak wiadomo, że najbardziej agresywni werbalnie i niewerbalnie należą do słabych, niepewnych siebie jednostek, próbujących wykrzyczeć głośno swą frustrację. Gorzej, gdy podobne podejście wkracza na rodzinny grunt. Wyobraźcie sobie następującą sytuację – niedzielny obiad. Przyjeżdżają ciotki, wujkowie i kuzyni.
– A kiedy się ożenisz, zostaniesz ojcem? Mój syn ma już dwójkę dzieci! – pytają się i chwalą jednocześnie.
Zabawne, z jaką lekkością przychodzi wszystkim ingerowanie w czyjąś prywatność. „Bo tak trzeba, bo już czas, bo białe musi być przecież białe!”. Nie każdy jednak żyje według schematów narzucanych przez społeczeństwo, a dziecko to przecież coś więcej, aniżeli tylko ładna laleczka, którą można wziąć na ręce. To wielka odpowiedzialność, podobnie zresztą jak małżeństwo.
– Chcę się napić na twoim weselu! – ktoś krzyczy głośno. No tak, bo wesele jest po to, aby pewna grupa osób napiła się wódki, dobrze zjadła i założyła eleganckie ciuchy. A ślub? To tylko ładna ceremonia mająca na celu doprowadzenie do wzruszenia zgromadzonego w urzędzie bądź kościele tłumu. Co tam przysięga, miłość! Liczą się przyśpiewki w stylu „sto lat młodej parze” oraz brzdęk kieliszków!
Zawsze i wszędzie miał miejsce wyścig szczurów. Sporej liczbie ludzi udało się przetrwać, druga część niestety przepłaciła to nerwicą i depresją lub też skończyła w jakieś wspólnocie fanatyków. Są sytuacje, w których jesteśmy skazani na tzw. poprawność polityczną. Pamiętajmy jednak o tym, aby nie dać innym za siebie decydować. To my bowiem jesteśmy panami swojego losu, a nie otaczający nas „życzliwi przyjaciele”.
Elvis Strzelecki