Jestem offline, jestem w górach

Opublikowane 2016-11-02 21:13

Każdy z nas ma czasem ochotę schować się gdzieś przed światem, uciec od codzienności. Wtedy też wyjeżdżamy w takie miejsca, gdzie możemy w spokoju uporządkować własne sprawy. Z dala od zakorkowanych ulic, zgiełku dużych miast i zapchanych tramwajów. Nie ma co dorabiać do tego żadnej ideologii – człowiek jest po prostu tak skonstruowany, że potrzebuje odpoczynku od pracy, internetu oraz nowoczesnych technologii.

Kiedy stajesz na środku ogromnej zielonej polany, dostrzegasz piękno natury. Wokół góry, drzewa, trawa i turyści, a ty czujesz się jak ktoś, kto nagle znalazł się w centrum wszechświata. Kalatówki to wszak przestrzeń, którą prawdopodobnie Bóg wybrał sobie na otwartą świątynię. Czasami tylko jakaś pani ją profanuje, myląc szlak górski z czerwonym dywanem (czyt. zakłada szpilki i krótką spódniczkę).

Krupówki odwiedziłem tylko raz, by skosztować magii komercji, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Świat dzieli się bowiem na turystów i turystów typu „sale”.

Na koniec zostawiłem sobie słowackie Orawice. Tam znajduje się miejsce przypominające knajpę rodem z PRL-u. Sympatyczna pani serwuje człowiekowi schabowego z kostką, dobrą zapiekankę, a do tego lokalne piwo. Można się poczuć jak król życia.

Mamy takie czasy, że używamy portali społecznościowych do handlowania swoją prywatnością. Chwalimy się tym, co jemy, z kim się kochamy i gdzie aktualnie przebywamy. Nie mam nic przeciwko, jeśli robimy to okazjonalnie. Gorzej jednak, gdy staje się to dla nas chlebem powszednim i zamiast konsumować spokojnie hamburgera w przydrożnym zajeździe, trzaskamy sobie kolejne selfie i wrzucamy je na „FB”.

Warto celebrować najpiękniejsze chwile wyłącznie z osobami, na których nam zależy. Rzućmy więc czasem w kąt nasze laptopy, smartfony oraz inne tego typu wynalazki i bądźmy „offline”.

Eivis Strzelecki