Felieton średnio-optymistyczny

Opublikowane 2016-01-19 11:09

Przyznam szczerze, że od urodzenia należę do grupy matematycznie nieuzdolnionych. Jednocześnie bardzo tych matematyków podziwiam, ponieważ potrafią oni poruszać się w świecie, który z racji swojej natury jest mi bardzo obcy i bliski jednocześnie, a to za sprawą tego, że wszystko, co nas otacza (mosty, komputery, windy, wieżowce etc.) opiera się przecież na liczbach. Z drugiej jednak strony, twierdzenie Karla Gödla o nierozstrzygalności w systemach logicznych pokazuje nam, że nawet najbardziej uporządkowana nauka wszechświata opiera się na tezach, które choć uznajemy powszechnie za prawdziwe, to nigdy nie będziemy w stanie potwierdzić ich autentyczności w 100 procentach. To doskonała alegoria życia – ciężko nam zdefiniować miłość, lecz trudno bez niej żyć. Mamy problem ze znalezieniem dowodu na istnienie Siły Wyższej, a zarazem nie potrafimy udowodnić jej nieistnienia. Czyniąc dobro, czynimy zło i na odwrót. Logiczne myślenie konfrontujemy z utopijnymi pragnieniami rodem z wyspy marzeń.

Reasumując, człowiek to mistrz paradoksu. Kiedy kilka dni temu dowiedziałem się o śmierci Davida Bowiego, poczułem pewną pustkę. Podobnie czułem się w momencie otrzymania informacji o odejściu Michaela Jacksona w 2009 roku. Byli to bowiem artyści, którzy wywarli niemały wpływ na współczesność. Ich nieszablonowe podejście do muzyki i wizerunku sprawiło, że wyprzedzili swoją epokę, stając się tym samym inspiracją dla kolejnych pokoleń twórców. O ile pogrzeb Jacksona transmitowano w telewizji, o tyle w przypadku Bowiego do takowego w ogóle nie doszło. Skremowano jedynie zwłoki artysty, który nie chciał, aby żegnano go w jakiś szczególny sposób. O chorobie (raku wątroby), z którą walczył przez 18 miesięcy, wiedzieli tylko jego bliscy. Fanom podarował swoje ostatnie dzieło – krążek „Blackstar”, będący swoistym pożegnaniem ze światem materialnym.

W czym tak naprawdę tkwi źródło moich rozważań? W próbie zrozumienia człowieka i jego podejścia do życia. Sam w pewnym sensie jestem przykładem bycia „mistrzem paradoksu”, bowiem jeszcze nie tak dawno miałem zamiar pisać kilkanaście felietonów tygodniowo (dobra, przesadzam trochę z liczbą, ale byłem blisko), stworzyć dwie powieści science fiction, nagrać pięć przebojów, które uczyniłyby mnie milionerem i pozwoliły zakupić sobie dom na Ibizie… Wówczas to do mojej pustej głowy przyszła następująca myśl: 

– Koleś, jesteś numeromanem! Liczby są dla ciebie ważniejsze od jakości! 

– Prawdziwy Elvisie, wygrałeś – odparł stary Elvis, po czym zrzucił skórę i zamienił się w mądrzejszą istotę ludzką.

Żarty żartami, pobądźmy jednak przez chwilę poważni. Jesteśmy zewsząd otoczeni nowoczesnymi technologiami, a i tak tęsknimy za starociami. Zamiast robić to, co naprawdę kochamy, bawimy się w pokazówkę tylko i wyłącznie po to, by zaimponować innym. W takim świecie trudno o prawdziwych indywidualistów. Do ich niewielkiej armii należał właśnie Bowie, być może dlatego wiadomość o jego odejściu przyjąłem z wielkim trudem.

Nie chcę wieszczyć rychłego końca pewnej epoki, ale mam nieodparte wrażenie, że powoli wykrusza nam się stara gwardia pionierów. Z drugiej jednak strony, ciągle wyrastają nowe drzewa, jest więc jeszcze jakaś nadzieja na tzw. „lepsze jutro”. Cierpiący na glejaka mózgu Ks. Jan Kaczkowski powiedział w jednym z wywiadów, że ciężka choroba nauczyła go, by wykorzystywać każdą minutę swojego życia na robienie czegoś wartościowego.

Nie próbujmy zatem być na siłę geniuszami – bądźmy sobą, poszukujmy pasji i starajmy się robić rzeczy niosące pozytywne przesłanie. Indywidualizm, wizjonerstwo nie są przecież zarezerwowane wyłącznie dla artystów, można bowiem być wspaniałą fryzjerką, kosmetyczką, businesswoman itd.

PS. Każdy, nawet najciemniejszy tunel ma na swoim końcu światło i niech to będzie nasze motto na współczesne czasy.

Elvis Strzelecki