Wigilijnych wspomnień czar

Opublikowane 2015-12-20 22:48

Jeden z wielu, grudniowych poranków. Pijąc migusiem poranną kawę i sprawdzając pogodę za oknem, ujrzałam w kuchni listy do świętego Mikołaja, które napisały moje dzieci. Kolorowe, ozdobione niezliczoną ilością serc i płatków śniegu. Nie musiałam ich czytać, by wiedzieć, o czym marzą. Przecież od kilku tygodni wciąż słyszałam o kolejnej książce opowiadającej o życiu znanego piłkarza grającego w FB Barcelonie, lalce, którą można czesać, karmić, tulić do snu. Z uśmiechem jednak schowałam listy dzieci do sekretnej szafki, a w myślach planowałam, kiedy zapakuję wymarzone podarki dzieci, które już czekały z niecierpliwością na ten szczególny wieczór w roku w piwnicy. Po pracy wybrałam się do księgarni. Mojej ulubionej. Kiedy weszłam, moje oczęta zachwycił widok niezliczonej ilości kolorowych torebek, papierów. Wystarczył jeden ruch ręki… Jednak moją uwagę przykuły szare torebki Skromne, ale niezwykle piękne. Pozbawione kolorowych zdobień, modnych aplikacji z bajek i filmów. Uśmiechnęłam się. Do siebie, do wspomnień, które nagle postanowiły na kilka chwil rozgościć się w mojej głowie.

W takiej torebce, szarej, do której pakowało się najczęściej landrynki lub najpyszniejsze w całym świecie krówki, dostałam najpiękniejszy prezent od świętego Mikołaja. Najpiękniejszy, wyjatkowy…

Miałam 5 lat, wigilię i święta razem z rodzicami spędzałam u babci. W małym domku pośród mazurskich lasów i łąk. Czekałam na te świąteczne chwile niecierpliwie, z bijącym sercem. Przecież wciąż w przedszkolu śpiewaliśmy kolędy, a moje koleżanki i koledzy wciąż dzielili się ciekawostkami, gdzie święty Mikołaj mieszka, kto pomaga mu w tworzeniu i rozwożeniu prezentów. Nie mogłam doczekać się tej chwili, gdy poznam go osobiście. Wciąż spoglądałam w małe okienko, by ujrzeć Pierwszą Gwiazdkę, gdy z kuchni dochodziły energiczne głosy moich bliskich. Babcia zarządzała szykowaniem wieczerzy. Mama z ciocią smażyły karpia, szykowały łazanki z makiem, pierogi z kapustą i grzybami Dziadek, śpiewak znany w całej gminie i powiecie, śpiewał kolędy. Do dziś pamiętam jego głos. Piękny, donośny. Wtórował mu mój wujek. Tata tylko przysłuchiwał się. Nigdy nie słyszałam, żeby śpiewał, a o jego „popisach” tanecznych na weselach krążą po całej rodzinie dowcipy po dziś dzień To właśnie po nim odziedziczyłam swoje wyczucie rytmu. Nie potrafię śpiewać, nie potrafię tańczyć.

Siedziałam w oknie. Spoglądałam na ośnieżone podwórku, biały dach drewnianej stodoły, czekałam, aż zasiądziemy do stołu przykrytym białym, wykrochmalonym obrusem, by potem czekać…znowu czekać na świętego Mikołaja. Nie pamiętam, czy o czymś marzyłam. Przecież miałam kilka lalek, kilka pluszaków, niewielką biblioteczkę z bajkami i baśniami. W sumie miałam takie jedno wielkie pragnienie, ale dzięki szczerości moich starszych sąsiadów wiedziałam, że jest ono nie do spełnienia. W końcu w fabryce Mikołaja produkowano zabawki, nikt nie słyszał, by efektem pracy elfów były małe dzieci, siostry i bracia jedynaków, którzy w długie wieczory byli spragnieni beztroskiej, szalonej zabawy niż kolejnych chwil spędzonych w towarzystwie baśni Andersena. Po kilku rozmowach ze starszymi kolegami byłam już świadoma, że lepiej marzyć o kolejnej książce. To upominek, który elfy mogły śmiało stworzyć. Siedząc samotnie w oknie wciąż czekałam na spotkanie z Mikołajem. Chciałam dotknąć jego brody, bo dziadek miał tylko wąsy. Chciałam zobaczyć jego czerwone ubranie, bo tata zazwyczaj nosił szare spodnie i bure swetry. Chciałam usłyszeć jego głos, który mówi: Aniu, Anusiu, bo tata zazwyczaj wołał: Dzieciaku, co robisz? Dzieciaku, co tam chcesz? Po wieczerzy, po łamaniu się opłatkiem, który dumnie leżał na maleńkim, białym talerzyku ze świątecznej zastawy babci, po życzeniach, bym rosła duża i zdrowa, kilku łzach, które pojawiły się w oczach moich bliskich, nagle …usłyszałam. Ktoś zapukał do okna. Wybiegłam z kuchni wypełnionej aromatem sianka, tradycyjnych potraw, wody kolońskiej dziadka i z bijącym sercem przekroczyłam próg pokoju.

Pod choinką leżała…Mała, szara torebka z napisem ANIA. Wiedziałam, że to od Mikołaja. Rodzice i dziadkowie najczęściej mówili na mnie ANTOŚKA. Usiadłam pod pachnącym drzewkiem ozdobionym szklanymi bombkami, watą imitujące delikatne płatki śniegu i łańcuchami wykonanymi przeze mnie i babcię z kolorowej bibuły. Kiedy dziadek po raz kolejny śpiewał „ Lulajże Jezuniu”, ja otwierałam podarek, mój najpiękniejszy prezent pod słońcem. Wciąż tliła się we mnie nadzieja, że w małym pakunku znajdę malutkiego braciszka lub siostrzyczkę. Malutkimi raczkami powolutku rozwijałam czerwoną kokardę. Po chwili jednak ujrzałam czekoladę, kilka cukierków, pachnące pomarańcze. Wyjęłam podarki, a szarą torebkę schowałam głęboko pod poduszkę. Chciałam ją zachować na zawsze. To był dowód, że Mikołaj mnie zna, o mnie pamięta i wie, że nie lubię, jak ktoś mówi na mnie „dzieciaku”. Nie smuciła mnie świadomość, że w paczce nie ma rodzeństwa. W końcu miałam swoje ulubione zabawki, książki, które uwielbiałam całym sercem i kilku starszych kolegów, którzy czasem byli mądrzejsi niż wszyscy dorośli, których znałam.

Stałam nadal w księgarni. W dłoniach trzymałam kilka szarych torebek. Wiedziałam, że to w nich moje dzieci, nie dzieciaki, otrzymają prezenty od Mikołaja. Postanowiłam też ulepić pierogi, takie…takie jakie lepiła moja babcia. I zrobić kutię zgodnie z przepisem mojej cioci. Po wieczerzy zaśpiewamy kolędy i będziemy cieszyć się tym czasem. Bo przecież takie właśnie chwile są najważniejsze. Najpiękniejsze…Warte zapamiętania. Chciałam, by te święta były wyjątkowe i pozostały w pamięci moich dzieci na długie lata. Zapach choinki, prezenty w szarych torebkach, smak tradycyjnych potraw przygotowanych zgodnie z recepturą najwspanialszych kobiet z mojej rodziny. Pragnęłam, by ta magia stała się częścią ich dzieciństwa. Namiastką szczęścia, do której powraca się po wielu latach.

Anna Śniosek