Poszukiwania tuszu idealnego trwają u mnie od lat 🙂 Nie ukrywam że poprzeczka zawieszona jest wysoko – natura nie obdarzyła mnie nadmiernie podkręconymi, gęstymi czy długimi rzęsami – dlatego też wielbię maskary które dają widoczne rezultaty we wszystkich tych kwestiach. I choć za kolorówką Oriflame raczej nie przepadam, tak ten tusz zaskoczył mnie niezwykle pozytywnie!
Rzuca się w oczy już za sprawą samego opakowania – niby zwykłe i zupełnie tradycyjne, zwraca jednak uwagę swym mocnym, wyrazistym kolorem balansującym na granicy różu i fioletu, z delikatnie perłowym połyskiem. Srebrna czcionka dopełnia całości, jest przy tym niezwykle trwała – nie znika po kilku użyciach, nie ściera się. I szczoteczka nie jest w tym tuszu typowa. Wygięta łagodnie w łuk zapewnia precyzyjną aplikację maskary nawet na najkrótszych rzęsach, dociera do nich bez problemu. Tusz ma niezwykle głęboki, kruczoczarny kolor. W zasadzie już jedna warstwa jest ładnie widoczna, ja jednak dla pełni efektu aplikuję dwie. Nie blaknie w ciągu dnia, gdy wracam wieczorem do domu efekt jest tak samo dobry jak przed wyjściem.
Tusz nie kruszy się i nie osypuje, po nałożeniu szybko wysycha i nie odbija na powiekach. I z demakijażem nie ma najmniejszych problemów – daje się usunąć w kilka chwil za pomocą mleczka lub micelka. Co istotne dla wrażliwców, nie podrażnia oczu, nie powoduje łzawienia czy innych niekomfortowych doznań.
A jakie efekty daje Master Curl? Przede wszystkim ładnie rozdziela rzęsy i podkreśla każdą jedną z osobna. Podkręca je efektownie i mam wrażenie że ciut wydłuża. Oko po wytuszowaniu wygląda na ładnie otwarte i zalotne 🙂 Maskara sprawdza się idealnie na moich niezbyt bujnych rzęsach, dając w pełni zadowalający efekt. Jestem pewna, że to nie ostatnie opakowanie i wkrótce skuszę się na kolejne!
Moja ocena: 5 / 5
Agnieszka Wysocka