Problem: platoniczna miłość do szpiku kości.
Metoda rozpatrzenia problemu: autoanaliza uczuć w celu wykluczenia choroby psychicznej.
Ogólna formuła tematu: kobieta rozpaczliwie pragnie zobaczyć jeszcze raz obiekt miłości.
Forma i charakter: tekst romantyczny z przymrużeniem oka.
Pierwszy etap zakochania – tęsknota
Przestałam jeść, sypiać i pracować. Zburzył się cały mój spokój. Nikt tego uczucia chaosu nie lubi – również ja, więc starałam się jakoś ogarnąć moje emocje i stłumić jakoś tę tęsknotę… Ale gdzie tam! Jak ten rzep uczepiła się mojego serca i siedząc, wierciła dziurę i marudziła: „no napisz albo zadzwoń do niego”…. Wrrr…
Zadzwoniłam. O matko jak się stresowałam! Telefon prawie połknęłam mimo, że prawie nie otwierałam ust! Wariatka – powiedziałby ktoś. Mój pretekst do spotkania brzmiał: „organizuję wieczór z okazji moich urodzin, chcę aby była to impreza w gronie firmowym, więc serdecznie cię zapraszam… bla bla bla..wcale nie, to wszystko to kłamstwa, bo tak naprawdę to cię kocham i bardzo chcę cię pocałować…”. Oczywiście tej część po bla bla bla nie powiedziałam, to mówiła druga ja – ta w środku, ta psychiczna. Mam nadzieję, że jej nie słyszał.
Zgodził się. Ba! Nawet bardzo się ucieszył, że o nim pomyślałam. Aż mnie skręcało i pragnęłam powiedzieć, że cały czas o nim myślę, i że właściwie prócz tego nic więcej nie robię!
Głupota – moje imię
Po rozmowie telefonicznej najpierw musiałam złapać oddech, a właściwie przypomnieć sobie jak się oddycha. Potem zaczęłam skakać z radości, wymachiwać rękoma, ściskać swojego kota, śpiewać wymyślne melodie przypominające ludowe zaśpiewki i wydawać z siebie okrzyki przypominające godowe nawoływania… Dopiero po tym wszystkim zorientowałam się, że prócz niego nikogo więcej nie zaprosiłam, bo nie ma żadnej imprezy ani moich urodzin….
Kombinuj dziewczyno…
Złapałam za telefon i zaczęłam obdzwaniać znajomych z pracy. Byłam roztrzęsiona i bałam się kompromitacji…. I niestety okazało się, że nikt nie może, bo są zaproszeni na prawdziwe urodziny do kogoś innego, a z racji tego, że już potwierdzili przybycie i zakupili prezenty, nie mogą już odmówić… Struchlałam… O matko, jak ja struchlałam… No kto takie rzeczy wyprawia? Jaki mądry człowiek takie bzdury plecie i tak wymyśla? Miłość jest okrutna, bo wpędza człowieka w choroby psychiczne.
Myśl, myśl… Kombinuj… Postanowiłam stawić czoła tej sytuacji i pomyślałam, że jak już zaproszenie padło, to nie stosownie byłoby odwoływać. A z racji tego, że wcale nie mam urodzin, i że nikt więcej nie przyjdzie – postanowiłam pójść na całość…
Z duszą na ramieniu
Posprzątałam. I to pierwszy tak dokładnie, że sama zdziwiłam się jakie eleganckie mam mieszkanie. Przygotowałam stół na dwie osoby i przygotowałam kolację. Wyszykowałam się, ale nie za bardzo.
Dzwonek do drzwi. Odgarnęłam ostatni raz dłonią włosy, aby wyglądały naturalnie i podeszłam do drzwi. Trzy głębokie oddechy i złapałam za klamkę. W sekundzie ugięły się pode mną nogi, oczy cielęce się stały i głosu zabrakło… Stał na klatce z kwiatami i winem pięknie zapakowanym.
– Wszystkiego najlepszego! – Powiedział z uśmiechem.
Pomyślałam, że rzucę się na niego po prostu i zacznę całować, tak bez zbędnych tłumaczeń. Ale postanowiłam najpierw zaprosić go do środka, aby nie wystawiać miłosnych inscenizacji na klatce schodowej przed wizjerami sąsiadów – wyjątkowo wścibskich zresztą.
– Dziękuję bardzo, wejdź proszę – rzekłam zakłopotana. – Muszę ci coś wyjaśnić. Ale nie musiałam wiele tłumaczyć, bo sam zauważył, że nie ma gości, balonów a stół zastawiony na dwie osoby.
– Nie potrafiłam zapytać wprost o to czy umówiłbyś się ze mną, więc zrobiłam to podstępem. Mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, nie czujesz się urażony, i że zostaniesz. Ale miał minę! Nie umiałam jej rozszyfrować. Te kilka sekund jego milczenia było dla mnie jak miliard lat.
– Prawdę mówiąc.. – zaczął – jest mi bardzo miło. Chętnie się z tobą umówię… na teraz… jeśli ty dasz się zaprosić na następną randkę do mnie – zaśmiał się. Randkę? Powiedział randkę! Miałam ochotę znów skakać, krzyczeć i ściskać kota, ale nie mogłam sobie na to pozwolić w jego obecności, bo jeszcze zmieniłby zdanie i wyszedł albo co gorsze – wybiegł z przerażenia.
Moje dwadzieścia sekund odwagi
Odważyłam się, podstępem co prawda, ale jednak. Zaprosiłam go. Ze strachem wyznałam prawdę, licząc się z tym, że może pomyśli o mnie źle i wróci do domu. Nigdy nie ma się mniej do stracenia niż na początku. I gdyby czas się cofnął, to z pewnością ponownie zaprosiłabym go na moje „urodziny”…
Na koniec powiem, że jeszcze nikt nie doprowadzał mnie swoim pocałunkiem do bezdechu…
Karolina Kwiatkowska