Być kobietą, być kobietą…

Opublikowane 2013-06-13 15:48

Była sobie kiedyś mała dziewczynka, która strasznie zazdrościła mamie, że chodzi do pracy. Dziewczynka ta pasjami nie znosiła swojego przedszkola o wdzięcznej nazwie „Jagódka” i nie mogła się doczekać jak wreszcie dorośnie, i  każdego ranka będzie sie żegnać  z rodziną krótkim: „No to cześć. Wychodzę do pracy”. Pewnego dnia dziewczynka usłyszała w radiu piosenkę Alicji Majewskiej pod tytułem „Być kobietą”… 

Pani Alicja śpiewała:
„Być kobietą, być kobietą – marzę ciągle będąc dzieckiem,
być kobietą, bo kobiety są występne i zdradzieckie…  
Być kobietą, być kobietą – oszukiwać, dręczyć, zdradzać
nawet, gdyby komuś miało to przeszkadzać”.
 

Dziewczynka  powoli dojrzewała i marzyła o tym, żeby być taką właśnie femme fatale, żyjąca jak jej się podoba i mającą w nosie wszelkie konwenanse. Na początku wcale jej to nie wychodziło. Była niesforną nastolatką, trochę beksą, a trochę buntowniczką, ale nie udało jej się nikogo dręczyć czy zdradzać, a raczej dręczono i zdradzano ją. Później przyszły czasy szkoły średniej, matura, wymarzony uniwersytet ,gdzie nikt nie wołał jej  po nazwisku, bo na studiach była „panią”, a z tym kolejne rozterki  niby kobiety, ale wcale nie takiej o jakiej śpiewała przed laty Majewska.

Już nie dziewczynka, ale młoda dziewczyna, nie miała pół kilo biżuterii, nie nosiła wielkich kapeluszy i, poza szynką z Pewexu od swych szkolnych wielbicieli (czasy wtedy były trudne), i jednego bukiecika stokrotek w samym środku grudnia, nikt jej nie obsypywał różami. Listy były, a owszem. Listy piękne, pełne  wzruszeń , listy pisane ręką przyszłego artysty. Te listy dziewczyna zachowała. W jednym z nich jest piasek z jeziora, polne kwiaty i kawałek nieba – „to wszystko dla Ciebie” pisał przyszły artysta. Ale jej to nie wystarczyło. Chciała „na bankietach, wernisażach pokazywać się codziennie”… Zapakowała więc  listy do pudełka, razem z ich romantycznym autorem, i …zaczęła dręczyć.

Dręczyła  z marnym rezultatem, bo akurat  nie tych, którzy na to zasługiwali. Efektem byly połamane serca osób, które te serca dawały jej na nieuzbrojonej dłoni. Mijały lata, dziewczyna  powoli stawała się kobietą przez duże „K” i wciąż marzyła, żeby wreszcie zostać tą tajemniczą istotą z piosenki.

W końcu…. stało się! Z ofiary stała się łowcą. Ach, jakie to było ekscytujące! Przyjaciółki nie milkły, czas płynął w rytmie, wprawdzie  nie walca, ale motyli w żołądku, dni były tylko chwilkami. Rola w głównym filmie jej się nie trafiła, ale malutki epizodzik owszem. Romans niebanalny??? Było ich więcej niż palców u jednej ręki.

Czy była kobietą w dobrym stylu? Nie jej to było osądzać, ale na każdym kroku czuła się jak supermenka. Wyjechała niespodzianie, porzuciła kilka osób bezpowrotnie i , chociaż nie została muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń była na pewno. Powoli stała się pewną siebie osóbką , która tylko czasami lubiła sobie uronić łzę,  głównie z bezradności: w starciu z pająkiem albo na drugim końcu świata, kiedy, oszukana przez biuro podróży, nie mogła z okna dojrzeć morza. 

Łamała serca wrażliwym chłopcom i twardym panom, co zresztą na dobre jej wcale nie wyszło, i wreszcie mogła sobie nucić piosenkę z dzieciństwa z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku.  Została w końcu, tak jak paniusia Alicji Majewskiej, kobietą w każdym calu. Tylko, czy będąc taką kobietą była szczęśliwa? Bywała w pięknych miejscach, spotykała niezwyczajnych ludzi, i cały czas mówiła, że zbiera materiał na historie , które tak się przydają  na łożu śmierci, ale wciąż wracała do pustego mieszkania, do zimnego łóżka, sama jadła śniadania i sama jeździła na wakacje. Żyła intensywnie, ale bez planów na przyszłość, bo jakoś tej przyszłości nie widziała. Liczyło się tylko „tu i teraz”, a reszta? Jak Scarlett O`Hara nauczyła się powoli mówić „Pomyślę  o tym jutro”.

Któregoś dnia spotkała mężczyznę, dla którego warto było zmienić się z kobiety, o której napisała Pani Magda Czapińska, w prawdziwą kobietę, taką z krwi i kości. Została narzeczoną, żoną i w końcu… gospodynią domową. Teraz spędza dni prasując koszule, sprząta, naleśniki smaży i, popijając czerwone wino z mężem, o byciu kobietą z piosenki, na szczęście, już nie marzy.

„Szaga kara karira czaga, kara kara karira szaga kara karira czaga, kara kara karira czaga ah”!

Izabela Porowska